|
Blog o najpiękniejszym sporcie na świecie, czyli futbolu autorstwa Mateusza Łukaszyka
środa, 07 października 2009
Futbol jest wielki: Czarne Orły znad Bosforu
W Turcji praktycznie od zawsze rywalizacja o krajowe trofea toczy się między trójką klubów ze Stambułu. Beşiktaş, Fenerbahçe i Galatasaray podzieliły między siebie tę mającą dziesięć milionów mieszkańców metropolię. Futbol nad Bosforem wywołuje wiele emocji, a dla wielu jest niemalże całym życiem. "Czarne Orły", czyli Beşiktaş często jest określany zespołem mającym najbardziej fanatycznych kibiców i najciekawszą historię. Jego sylwetkę bliżej można poznać dzięki nowemu tekstowi z cyklu "Futbol jest wielki". Beşiktaş Jimnastik Kulübü, bo tak brzmi obecna pełna nazwa ekipy ze Stambułu został założony w 1903 roku. Do jego założenia doszło dzięki spotkaniom grupy 22 osób, którzy wspólnie ćwiczyli m.in. podnoszenie ciężarów, zapasy czy gimnastykę. Początkowo zabraniano uczestnictwa w spotkaniach stowarzyszeń sportowych, jednak właśnie w 1903 roku udało zyskać się specjalne zezwolenie. Po wydarzeniach politycznych w Turcji, w 1909 roku do Stambułu przybyli Fuat Balkan i Mazhar Kazanci, którzy mieli znaczący wpływ na dalszy rozwój klubu gimnastycznego. Balkan był znakomitym szermierzem, a Kazanci wykazywał spore umiejętności w dziedzinie zapasów i podnoszenia ciężarów. Znaleźli oni grono młodych mieszkańców byłej stolicy Turcji i wspólnie z nimi trenowali. Klub zyskał rozgłos, a w 13 stycznia 1910 roku dokonano jego oficjalnej rejestracji jako Beşiktaş Ottoman Jimnastik Kulübü. Był to pierwszy taki przypadek w kraju, a towarzystwo miało w tamtym czasie ponad 150 członków. Z czasem zaczęły wykształcać się pierwsze próby utworzenia sekcji piłkarskiej. Utworzono dwa kluby o nazwie Valideçeşme i Basiret, którym szefował niejaki Seref Bey. Dołączyły one do Beşiktaşu w 1911 roku, a futbol w krótkim czasie stał się jedną z najprężniej działających gałęzi klubu. Barwy klubowe i przydomek
Początkowo barwy Beşiktaşu to czerwień i biel, jednak zostały one zastąpione przez obecne czarno-białe ze względu na żałobę po utracie ziem na Półwyspie Bałkańskim w następstwie wojen w latach 1912-1913. Jako jedyny zalegalizowany klub sportowy w kraju, "Czarne Orły" często występowały jako reprezentacja Turcji. Stąd właśnie wzięło się narodowe godło umieszczone w herbie Beşiktaşu. Natomiast skąd wziął się obecny przydomek klubu z dzielnicy Stambułu? Beşiktaş wystartował do sezonu 1940-41 w mocno odmłodzonym składzie, który miał bronić tytułów mistrzowskich zdobytych w poprzednich dwóch latach. Młody zespół spisywał się na miarę oczekiwań i był liderem tabeli. Na pięć kolejek przed końcem na stadionie Serefa, Beşiktaş zmierzył się z ekipą Süleymaniye. Wówczas z trybun dało się usłyszeć okrzyk, który wzniósł miejscowy rybak Mehmet Galin. Brzmiał on: "Atakujcie Czarne Orły", a wraz z Galinem krzyknął cały stadion. Tysiące gardeł poderwały zawodników do walki, a Beşiktaş odniósł wysokie zwycięstwo 6:0. Pseudonim ten, który w języku tureckim brzmi "Kara Kartallar" utrzymał się do dziś.
SukcesyPierwszy tytuł mistrza Turcji, Beşiktaş zdobył w 1934 roku, dzięki wygranej nad Altay 3:1. Jednak w latach 30. i 40. rozgrywki te nie zawsze organizowano, wobec czego "Czarne Orły" skupiły się na grze o tytuł mistrza swojego miasta. Złoty okres w tamtym okresie przypada na lata 1939-1943, kiedy to Beşiktaş pięć razy z rzędu sięgnął po mistrzostwo Stambułu. Zespół prowadził wówczas Refik Osman Top. Kolejne mistrza Turcji drużyna zdobyła w latach 1951, 1956/57 oraz 1957/58. W 1959 zainaugurowano rozgrywki tureckiej Super Ligi, która przetrwała do dziś. W pierwszej edycji tych rozgrywek bohaterzy tego tekstu zajęli trzecie miejsce ustępując odwiecznym rywalom Fenerbahce i Galatasaray. Wynik ten przyjęto z olbrzymim niezadowoleniem, a w zespole doszło do zmiany szkoleniowca. Co prawda, Węgier Andrea Kutik w następnym sezonie zdobył tytuł, jednak po roku pracy pożegnał się z posadą. Podsumowując w latach 1957-1986 Beşiktaş zdobył siedem tytułów mistrzowskich, jednak chwile glorii i chwały miały dopiero nadejść. W 1987 roku funkcję szkoleniowca objął Anglik Gordon Milne. Wizja futbolu z Wysp miała ogromne odbicie na grze Beşiktaşu, który w na początku lat 90. sięgnął trzy razy z rzędu po mistrzostwo. O sile drużyny świadczyła trójka Metin Tekin, Ali Gültiken i Feyyaz Uçar, która siała popłoch w polach karnych rywali. Nazywani przez kibiców triem MAF (Metin, Ali, Feyyaz), do dziś uznawani są za najlepszą linię ataku w historii Beşiktaşu. Dominacja zespołu Milne'a była tak znaczna, że sezon 1991/92 zakończyli oni bez porażki w lidze, czyniąc to jako pierwsi w historii i jak się okazało jedyni. Obecnie gracze z İnönü Stadium także święcą triumfy w krajowych rozgrywkach. Choć nie są one tak spektakularne jak za czasów Milne'a. Zespół regularnie występował w europejskich pucharach i rzadko wypadał poza pierwszą trójkę w lidze, jednak brakowało mistrzostwa. Po okresie posuchy w końcówce lat 90. "Czarne Orły" sięgnęły po tytuł w sezonie 2002/03, ale po tym sukcesie kibice znów musieli uzbroić się w cierpliwość i czekać, kiedy ich pupile wrócą na szczyt. Udało się to w poprzedniej edycji rozgrywek, gdzie Beşiktaş pozostawił w tyle Sivasspor i Trabzonspor. Największymi gwiazdami drużyny są Rüştü Reçber, Rodrigo Tello, Bobo czy Nihat Kahveci, którzy mają za zadanie obronić tytuł oraz pokazać się z dobrej strony w Lidze Mistrzów. Beşiktaş jest dla nich biblią życiaPoza sukcesami na boisku, Beşiktaş od wielu lat znany jest za sprawą grupy swoich fanatycznie oddanych kibiców. Nazywają się Carsi, a ich głównym hasłem jest "Carsi herşeye karşı", a więc Carsi przeciwko wszystkim. Nie boją się wyrażać swoich poglądów politycznych i często sprzeciwiają się sytuacji panującej w ich życiu codziennym. Członkowie Carsi wspólnie dopingują swój zespół, ze specjalnej strefy wydzielonej na İnönü Stadium. Przed meczem wspólnie spotykają się na mieście i razem idą na stadion, gdzie przez 90 minut dają z siebie wszystko dopingując swoją miłość jak mówią o Beşiktaşie. Oczywiście najbardziej znienawidzonymi przez nich drużynami są Galatasaray i Fenerbahçe, wobec czego często dochodzi między nimi do różnych animozji i starć, w których często nie brakuje rannych. Jak więc widać, "Czarne Orły" są dla nich wszystkim. Tekst ukazał się także w wortalu iGol.pl LINK: http://www.igol.pl/article,14664.html
wtorek, 06 października 2009
Stefan Tymczasowy
Stefan Majewski rozpoczął na całego pracę z kadrą. Pomijając już całą kwestię sensu jego zatrudnienia i w ogóle powołania funkcji tymczasowego szkoleniowca reprezentacji - na ten temat można książkę napisać. Zgrupowanie we Wronkach rusza pełną parą, a "Doktor" na lewo i prawo rzuca wszystkim uśmiech od ucha do ucha. Wydaje się być w nastroju jakby te dwa pojedynki z naszymi sąsiadami, a więc Czechami i Słowacją, były jedynie formalnością i formą testu przed wyjazdem na Mundial w RPA. Rzeczywistość jest oczywiście zgoła inna... Majewski jako selekcjoner ma prawo powoływać kogo tylko zechce, jednak podobnie jak za nieodległych czasów beenhakkerowskich jego decyzje są poniekąd mało zrozumiałe. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt braku powołania dla Artura Boruca, jedynego bramkarza z polskiej ścisłej czołówki mającego stałe miejsce w składzie swojego klubu, czy też historię z udziałem Adama Kokoszki i jego przyjazdu na zgrupowanie? Tymczasowy szkoleniowiec (prawda, że to fatalnie brzmi?) naszych Orłów już od początku swojej pracy musi tłumaczyć się ze swoich decyzji, a w dodatku czyni to bardzo nieudolnie. Wydaje się być osobą najmniej odpowiednią w danym miejscu, którym jest posada selekcjonera. Tak samo wydaje się, że widzą to wszyscy poza naszą piłkarską centralą. Czegóż innego można było się spodziewać, wszakże Stefan to dla Grzegorza Laty swój chłop. On nie będzie polemizował z decyzjami najwyższego i najjaśniejszego zarządu, a wręcz odwrotnie, przytaknie wszystkim jego decyzjom. Patrząc na jego trenerskie sukcesy, a raczej ich brak o mdłości przyprawia mnie wizja Majewskiego jako szkoleniowca polskiej kadry na Euro 2012. Jeszcze gorsze samopoczucie wywołuje ciągłe przypominanie o tym, że "Doktor" pracował w Kaiserlautern, gdzie mógł podglądać umiejętności Otto Rehhagela. To w takim razie powołajmy na selekcjonera Waldemara Fornalika. Przecież on miał możliwość obserwować Luciano Spalletiego, kiedy to odbywał staże we Włoszech. Swoją drogą. Z pewnością pamiętacie słynny dialog komisarza Ryby i Generała z filmu Kiler. Kto nie pamięta:
Przenieśmy teraz tę scenę w realia związkowe, a w rolach obsadźmy Majewskiego (jako Ryba) i Latę (jako Generał). Wyglądałaby ona mniej więcej tak: Lato: Masz być jak Arsene Wenger! Pozostaje nic innego jak mieć nadzieję, że ten ponury żart ze strony PZPN-u niedługo skończy swoją marną egzystencję, a ktoś ze związkowego betonu opamięta się powoła selekcjonera, który narysuje świetlaną przyszłość dla polskiej kadry.
środa, 09 września 2009
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło
Kompromitacja. Dno. Trudno szukać innych słów żeby opisać to co pokazała dziś Polska w meczu ze Słowenią. Słowenią, która od kilku lat, a dokładnie od Euro 2000, nie może dostać się do żadnej wielkiej imprezy. Słowenią, która od kilku lat była w dalekim cieniu naszej kadry. Dzisiejsza klapa ostatecznie kładzie kres naszym marzeniom o awans na Mundial do RPA, który po pojedynku z Irlandią Płn. i tak był mało realnym zadaniem do wykonania. Ja jako kibic kadry ze spokojem przyjąłem klęskę w Mariborze. Byłem na to doskonale przygotowany, choć łudziłem się, że gorzej jak z Irlandią być nie może. A jednak okazało się, że można zagrać jeszcze gorzej. Okazało się, że można w meczu ze Słowenią oddać pierwszy celny strzał dopiero w 69. minucie. Ale jak mówi stare polskie przysłowie - nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Pewne jest, że z posadą selekcjonera pożegna się Leo Beenhakker. I dobrze. Holender w końcu będzie miał czas pracować w swoim ukochanym Feyenoordzie, gdzie podobno odgrywa "jedynie" rolę doradcy i to w dodatku bezpłatnie. Nawet przedszkolak nie uwierzy w taką wersję wydarzeń. Beenhakker już dawno stracił pomysł na to co dalej zrobić z tą reprezentacją. O ile nie zaznaliśmy już ostatnio wynalazków w kadrze typu Danch, Pazdan, Zahorski, to jak można wytłumaczyć ciągłą grę jednym napastnikiem czy zmianę Łobodzińskiego za Obraniaka. Gdzie był ten international level? Być może wszystko wiedzący panowie w PZPN-ie przejrzą na oczy (eh, chyba znowu się łudzę) i na pozycji selekcjonera obsadzony zostanie ktoś z wizją przyszłości tego zespołu. Wizją bez Krzynówka, Żewłakowa, Łobodzińskiego, a z Peszko, Małeckim, Boguskim czy Piszczkiem, którzy w przeciwieństwie do starszych kolegów, regularnie grają w swoich klubach. Drużyny, która za trzy lata zagra na Mistrzostwach Europy we własnym kraju! To chyba ostatni dzwonek, aby rozpocząć budowę teamu, który będzie w stanie cokolwiek ugrać na tym turnieju.
niedziela, 06 września 2009
"Ten piłkarz od karnego"
W historii futbolu pojawiało się wielu zawodników, którzy jednym czynem gwarantowali sobie pamięć o nich na wiele lat. Tak było z Rene Higuitą, który zasłynął tym, że obronił strzał tzw. kopem skorpiona, stając na rękach i odbijając piłkę nogami. Z kolei Jorge Campos w trakcie swojej kariery bramkarskiej często występował w niekonwencjonalnych strojach, którymi zachwycał kibiców na trybunach. Mało kto pamięta, że byli oni także bardzo dobrymi piłkarzami. Podobnie jest z Antoninem Panenką, którego sposób wykonania rzutu karnego przeszedł do annałów piłkarskiej historii i do dziś znajduje wielu naśladowców.
Antonin Panenka przyszedł na świat 2 grudnia 1948 roku w Pradze. Jako jedenastolatek dołączył do miejscowego Bohemiansu i tam zagłębiał się w tajnikach futbolowego rzemiosła. W tym klubie spędził większość swojej piłkarskiej kariery, którą kończył w Austrii, grając w Rapidzie Wiedeń i VSE St.Poelten. Panenka należał do absolutnej czołówki czechosłowackich graczy tamtego okresu. Wyróżniał się na boisku dryblingiem i techniką, a jego perfekcja w wykonywaniu rzutów wolnych pozwalała mu często wpisywać się na listę strzelców. Dobra gra w rozgrywkach ligowych sprawiła, że Panenka w 1973 roku trafił do reprezentacji Czechosłowacji. Jak się okazało trzy lata później, odniósł z nią swój największy sukces w karierze. Wielki sukcesW 1976 Czechosłowacja z Panenką w składzie udała się na Mistrzostwa Europy w Jugosławii. Jednak najpierw, aby udać się na finały, kadra musiała przejść eliminacje, gdzie trafiła do silnej grupy z Anglią, Portugalią i Cyprem. Kwalifikacje rozpoczęły się dla Panenki i spółki katastrofalnie. Porażka 3:0 z faworyzowanymi Anglikami z pewnością wprowadziła sportową złość w drużynie, co objawiło się już w kolejnym meczu. Następnym rywalem był Cypr, który oczywiście był nikim innym jak łatwym dostarczycielem punktów, co bezlitośnie wykorzystał bohater tego tekstu. Panenka w meczu z Cypryjczykami trzykrotnie wpisał się na listę strzelców. Wtórował mu Marian Masny i Czechosłowacy wygrali 4:0. Droga do awansu była jeszcze długa, lecz podopieczni Vaclava Jezka spisywali się znakomicie, odprawiając po kolei kolejnych rywali. Finały w Jugosławii, Czechosłowacja rozpoczęła od starcia z faworyzowanymi Holendrami. Finaliści Mistrzostw Świata sprzed dwóch lat przyjeżdżali na Bałkany, aby wziąć rewanż na Niemcach, z którymi mierzyli się w finale Mundialu, a mecz z Panenką i spółką miał być tylko formalnością. Czechosłowacja zwyciężyła po dogrywce 3:1 i zamiast rewanżu z Niemcami, Holendrzy musieli zadowolić się meczem o brąz z Jugosławią. Panenka po wygranej mógł spokojnie zająć się przygotowaniami do meczu, który, jak się okazało, odmienił jego życie. Karny PanenkiMecz finałowy z Niemcami od samego początku należał do Czechosłowaków. Po 25 minutach prowadzili oni już 2:0, po trafieniach Jana Svehlika i Karola Dobiasa. Jednak przeciwnik rzucił się do odrabiania strat. Zaledwie trzy minuty po trafieniu Dobiasa Dieter Muller zdobył bramkę kontaktową. Wynik długo nie ulegał zmianie i gdy wszyscy w Czechosłowacji szykowali się już do mistrzowskiej fety, Bernd Holzenbein wyrównał stan spotkania w 89. minucie gry. W Pradze ucichły radosne nastroje i ponownie nastał czas skupienia, bowiem przed graczami Jezka była dogrywka. Jak się okazało, dodatkowe minuty nie przyniosły rozwiązania i do wyłonienia zwycięzcy potrzebny był konkurs jedenastek. Do czwartej serii zarówno Czechosłowacy, jak i Niemcy, trafiali do siatki. Jednak w tej serii do piłki podszedł Uli Hoeness. Reprezentant naszych zachodnich sąsiadów przeniósł piłkę nad poprzeczką. Teraz jeśli w następnej kolejce któryś z graczy Jezka trafiłby do siatki, byłoby po wszystkim. Kolejnym zawodnikiem czekającym na oddanie strzału był Panenka, który już wcześniej pokazał się z dobrej strony jako wykonawca stałych fragmentów gry. Gdy mierzący niespełna 180 cm wzrostu zawodnik z wąsikiem na twarzy zaczynał brać rozbieg, cała Czechosłowacja zamarła. Panenka zasymulował silne uderzenie, po czym lekkim strzałem posłał piłkę w środek bramki zmylonego Seppa Maiera. Sposób, w jaki wówczas zawodnik Bohemiansu Praga pokonał niemieckiego golkipera, wzbudził zachwyt wśród wszystkich osób związanych z futbolem. Do Panenki przylgnęło nawet określenie "piłkarskiego poety", nadane przez jednego z francuskich żurnalistów. Sam zawodnik pytany, skąd pomysł na takie wykonywanie jedenastki, odpowiadał: – Często po treningach zostawałem z bramkarzem Bohemiansu, Zdenkiem Hruską, i strzelałem mu jedenastki. Często zakładaliśmy się o to, kto będzie lepszy, a nagrodą były czekolada i piwo. Jeśli udało mi się strzelić wszystkie pięć karnych, Zdenek stawiał, jeśli zaś obronił choć jeden mój strzał, to ja stawiałem. Często przegrywałem i zacząłem szukać pomysłu, jak przechytrzyć Zdenka. Pewnej nocy obudziłem się i rozmyślałem o tym. Doszedłem do wniosku, że bramkarz niemalże zawsze czeka do ostatniej chwili i próbuje przewidzieć, w który róg zdecyduje się uderzyć zawodnik. Postanowiłem zamarkować silne uderzenie, a gdy golkiper został już zmylony i rzucił się w któryś z rogów bramki, ja leciutko podcinałem piłkę. Bramkarz nie miał już szans na obronę – mówił Panenka. – Jedynym moim problemem potem było, że zacząłem nieco przybierać na wadze. Wszystko przez to, że wygrywałem te wszystkie piwa i czekolady – dodał żartobliwie pomocnik mistrzowskiego zespołu z 1976 roku. Panenka spróbował także swojej sztuczki na boiskach ligowych, a także w meczach reprezentacji, jednak to karny w finale ME, obserwowany przez miliony ludzi na świecie, zyskał popularność, choć może wydawać się ona dla samego Panenki nieco uciążliwa. Po dziś dzień niemalże wszyscy kojarzą go wyłącznie ze wspomnianej jedenastki, a mało kto pamięta o jego genialnej grze w środku pola. – Do dziś wielu ludzi, których spotykam, mówi: "Patrz, to ten piłkarz od karnego". Podoba mi się, że wiele osób pamięta o mnie, lecz mało kto pamięta, że byłem też dobrym dryblerem. Nie tylko rzuty karneJedyne, czego na pewno żałuje Panenka, to fakt, że nigdy niedane było mu pokazać się w silnej europejskiej lidze. Ograniczenia w czasach komunistycznych nie pozwalały na wyjazd na zachód, a co więcej "piłkarski poeta" nie mógł nawet przenieść się do wielkich czeskich klubów: Sparty czy Slavii. – Prezes Bohemiansu był nieugięty. Mimo że graliśmy w drugiej lidze, nie pozwalał mi na odejście. Wówczas zrozumiałem, że chyba na zawsze będzie dane grać mi w barwach tego klubu – wspomina Panenka. Jednak w 1981 roku jako 33-latek wyjechał z Czech do Austrii, gdzie podjął grę w Rapidzie Wiedeń. Był niewątpliwie jedną z największych gwiazd ligi. Zdobył dwa tytuły mistrzowskie, a Rapid z nim w składzie dotarł do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, gdzie uległ Evertonowi. Po czterech latach gry w Wiedniu blisko 37-letni Panenka przeniósł się do VSE St.Poelten, gdzie nadal wyróżniał się wspaniałą grą. Tam zakończył karierę i wrócił do rodzinnej Pragi. Pracował jako ekspert telewizyjny i trener, lecz prawdziwe powołanie znalazł jako prezes ukochanego Bohemiansu. – Bohemians to część mojego życia. Jestem ambasadorem klubu i pomagam w znalezieniu mu sponsorów. Uwielbiam to, co robię – tak o swojej pracy mówi Panenka, który na zawsze zaskarbił sobie miłość fanów tego stołecznego klubu. Trudno im się dziwić, skoro przez wiele lat mogli podziwiać grę tego wspaniałego "piłkarskiego poety". Tekst ukazał się także na www.igol.pl
czwartek, 16 lipca 2009
Płynie Wisła płynie...
Z nadzieją i niecierpliwością czekałem na mecz Wisły Kraków z Levadią Tallin, który to zacząć miał bój "Białej Gwiazdy" o awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów. A co! Do sześciu razy sztuka!
No i psia krew (chciałoby się użyć mocniejszych słów) jak zwykle się przeliczyłem. Oglądając początkowe fragmenty spotkania łudziłem się, że Wisła się rozkręca, że słabszy i niemrawy początek to jeszcze skutki przygotowań do sezonu, że piłkarze nadal czują w nogach obóz przygotowawczy. No i doczekałem się akcji Andraża Kirma, który chyba pozostanie jedynym pozytywnym akcentem tego pojedynku. Słoweniec dzielił i rządził na lewej stronie pomocy, a gdy zauważył nieporadność swoich kolegów z drużyny, wziął się też za grę w innych sektorach boiska. Jeżeli nowy nabytek Wisły będzie prezentował się równie dobrze na ligowych boiskach, to należy pogratulować udanego transferu krakowianom. Wisła zaczynała w końcu przejmować inicjatywę, ale nagle Estończycy wywołali istną palpitację serca nie tylko u kibiców "Białej Gwiazdy", ale także i w całej piłkarskiej Polsce. Nikita "za słaby na Legię, lepszy jest przecież Arruabarrena" Andriejew strzelił bramkę, a w dodatku wręcz ośmieszył Mariusza Jopa. Aż chciałoby się zakrzyknąć - Jop Twoja mać! No nic. Z bólem serca czekałem na drugą część spotkania mając nadzieję, że może Paweł Brożek, jak przystało na króla strzelców polskiej ligi weźmie sprawę w swoje ręce (a właściwie to nogi) i szybko rozprawi się z półzawodowcami z Tallina. Wszakże starają się o niego kluby Premiership, a to do czegoś zobowiązuje! Niestety drugiej połowy nie zobaczyłem, bowiem burza jaka rozpętała się nad Sosnowcem nie umożliwiła realizację transmisji telewizyjnej. A może to po prostu realizatorzy zlitowali się nad sympatykami piłki? Ale sądząc po relacjach, niewiele straciłem. Honor Wisły uratował Piotr "Pepe" Ćwielong, który w 93. minucie wyrównał stan spotkania i sprawił, że wynik meczu nie będzie wielkim wstydem, tylko po prostu wstydem. Całe szczęście, że Levadia podarowała podopiecznym Macieja Skorży tego wyrównującego gola. Strasznie boli, że doczekaliśmy czasów, że aby chociaż zremisować z tak nisko notowanym rywalem w europejskich pucharach, musimy czekać aż on sam popełni błędy. Teraz został tydzień, aby wszyscy otrząsneli się z tego koszmaru i zobaczyli Wisłę, która rwącym nurtem popłyneła po zwycięstwo do Tallina. Jutro ciąg dalszy "show", bowiem grać będą Legia i Polonia. Oby nie z takim skutkiem co Wisła.
czwartek, 09 lipca 2009
Pierwsi wielcy "Galacticos"
W czasie transferowej gorączki nazwa Real Madryt przewija się niemalże w przypadku każdej gwiazdy futbolu. Kaka, Cristiano Ronaldo, Raul Albiol i Karim Benzema to zawodnicy, którzy już wzmocnili „Królewskich”, a mówi się, że to nie koniec transferów na Santiago Bernabeu. Już teraz mówi się o powstaniu istnego „dream teamu”, który pokona każdego przeciwnika. A pamiętać należy, że Real już ponad 50 lat wstecz słynął z plejady gwiazd, które ściągano do Madrytu i jaksię okazało, wówczas przyniosło to zamierzony efekt. Lata 50. XX wieku to okres pierwszych wielkich sukcesów Realu na arenie europejskiej. W 1955 roku rozegrano pierwszą edycję Pucharu Mistrzów, który po dziś dzień przetrwał jako Liga Mistrzów. „Los Blancos” marsz po pierwsze trofeum w tych rozgrywkach rozpoczęli od wygranej 2:0 nad Servette Genewa. Zawodnicy trenera Jose Villalongi Llorente demolowali po kolei swoich przeciwników, a w finale pokonali Stade de Reims z Raymondem Kopą w składzie 4:3. Już wtedy w Madrycie błyszczały gwiazdy Alfredo di Stefano i Francisco Gento, którzy to dzięki swojej dobrej postawie walnie przyczynili się do triumfu „Królewskich”. Blond strzała Alfredo di Stefano przyszedł na świat 4 lipca 1926 roku w Barracas, w jednym z dystryktów Buenos Aires. Mający w Hiszpanii przydomek „Don Alfredo” zawodnik w trakcie swojej kariery występował w... trzech drużynach narodowych. W początkowych latach swojej przygody z futbolem występował on w River Plate, jednak początkowo nie poznano się na jego talencie i bez żalu odesłano do Huracanu. Dopiero po powrocie z wypożyczenia di Stefano dostał szansę na pokazanie swoich umiejętności i jak się okazało rok 1947 należał właśnie do napastnika zwanego „La Saeta Rubia”, czyli „Blond strzała”. To właśnie wtedy zadebiutował on w reprezentacji Argentyny, w której rozegrał sześć spotkań, zdobywając sześć bramek. Kolejne lata to czas coraz gorszej sytuacji w Argentynie, wskutek czego najlepsi zawodnicy zaczęli uciekać z kraju. Ich celem była Kolumbia, gdzie czekały duże pieniądze. Taką drogą podążył też di Stefano, który trafił do Millonarios Bogota. „Don Alfredo” był już gwiazdą, która swoimi bramkami przesądzała o losach spotkań. W Kolumbii był on uwielbiany do tego stopnia, że przyjął obywatelstwo tego kraju i wystąpił w reprezentacji. Przygoda z kolumbijską kadrą nie należała do najlepszych, bowiem zaledwie cztery spotkania przy zerowej zdobyczy bramkowej nie należą do spektakularnych wyczynów. Przyczyną tego mógł być też fakt, że nikt nie chciał z Kolumbią grać, bowiem groziło to licznymi sankcjami ze strony FIFA. Sielanka nie trwała wiecznie, pieniądze się skończyły, a di Stefano, podobnie jak większość graczy, wyjechał z kraju. Następnym przystankiem dla napastnika była Hiszpania. Argentyńczyk trafił początkowo do Barcelony, lecz Real nie zamierzał rezygnować z zawodnika. Po długim sporze między klubami di Stefano w 1953 roku trafił do „Los Merengues”. Real w składzie z nowym egzekutorem zwyciężył w lidze, a sam gracz zdobył koronę króla strzelców. Di Stefano przez jedenaście lat występował w Realu, a w tym czasie zdobył 216 bramek w 282 spotkaniach. Nie zabrakło go także w hiszpańskiej kadrze, gdzie wystąpił w 31 meczach i strzelił 23 gole. W końcowym etapie kariery występował w Espanyolu Barcelona, gdzie przeszedł na piłkarską emeryturę w wieku 40 lat. Potem próbował swoich sił na ławce trenerskiej prowadząc m.in. Valencię czy Real. Jako zawodnik „Galacticos” czterokrotnie sięgnął po Puchar Mistrzów, a także ośmiokrotnie po mistrzostwo Hiszpanii. Wielki Paco Francisco Gento to bezdyskusyjnie najbardziej utytułowany zawodnik w historii Realu Madryt. Urodzony 21 października 1933 w Guarnizo lewoskrzydłowy rozpoczynał karierę w małych drużynach z okolicy. Dopiero w 1952 roku „Paco” trafił do Santander, gdzie ma okazję zmierzyć się z najlepszymi zawodnikami w Hiszpanii. Grał na tyle dobrze, że zaledwie po sezonie zgłosił się po niego Real, gdzie „La Galerna del Cantábrico” spędził całą swoją późniejszą karierę, stając się jednym z symboli madryckiego klubu. Niewielki wzrostem i bardzo szybki zapoczątkował wspólnie z di Stefano złotą erę Realu. Gento występował w barwach „Królewskich” aż 18 lat i w tym czasie rozegrał 428 spotkań i 126 razy pokonał bramkarza rywali. Grał także w reprezentacji Hiszpanii, z którą sięgnął po Mistrzostwo Europy w 1964 roku. Dwanaście tytułów mistrza Hiszpanii i sześć triumfów w Pucharze Mistrzów – czy kiedykolwiek znajdzie się drugi piłkarz Realu, który osiągnie z klubem tyle co Gento? Real nadal nie miał sobie równych na arenie europejskiej wygrywając rok po roku rozgrywki o Puchar Mistrzów. Do Madrytu ściągali kolejni zawodnicy, którzy wraz ze wspomnianymi Gento i di Stefano tworzyli jeszcze silniejszy zespół. „Królewskich” wzmocnili kolejno Raymond Kopa (Kopaszewski), Jose Santamaria i Ferenc Puskas. Napoleon Futbolu Raymonda Kopaszewskiego z pewnością można zaliczyć do polskich akcentów w drużynie Realu. Francuski piłkarz, którego rodzicami byli emigranci z Polski występował w Realu zaledwie trzy lata, ale i w tym czasie zasłużył sobie na miano jednej z klubowych legend. Urodzony 13 października 1931 roku w Noeux-Les Mines pomocnik lub napastnik rozpoczynał swoją profesjonalną karierę w Angers, skąd trafił do Stade de Reims. To właśnie tam miał okazję po raz pierwszy spotkać się z zawodnikami Realu, z którymi zmierzył się w finale Pucharu Mistrzów w 1956. Dobra postawa w tamtym spotkaniu zaowocowała transferem właśnie do „Królewskich”. Dzięki wspaniałej postawie Kopy, którego zdecydowano ustawić się na pozycji skrzydłowego Real sięgnął po trzy Puchary Mistrzów i dwa zwycięstwa w lidze. Kopaszewski mógł na dłużej pozostać w Madrycie, lecz odrzucił on ofertę nowego kontraktu. Być może powodem był fakt, że nie mógł sam decydować o obliczu drużyny i być jej liderem. W barwach „Blancos” wystąpił 79 razy zdobywając 24 gole. Jako gracz Realu otrzymał także Złotą Piłkę w 1959 roku. Wrócił do Reims, gdzie dalej kontynuował karierę u boku takich graczy jak Just Fontaine czy Armand Penverne. Urugwajska skała Real Madryt w latach 50. to nie tylko finezyjna gra w ofensywie, ale także i dobrze dobrana defensywa, którą od 1958 roku rządził Urugwajczyk Jose Emilio Santamaria. Defensor ten przyszedł na świat 31 lipca 1929 roku w Montevideo i to właśnie tam stawiał swoje pierwsze piłkarskie kroki. Reprezentując barwy Nacionalu zdobył uznanie w swoim kraju, a także opinię jednego z najlepszych obrońców ówczesnych czasów. Oczywiście występował także w narodowej kadrze i w 1954 roku wyjechał na Mundial do Szwajcarii. W 1957 roku zgłosił się po niego Real i tym sposobem Santamaria pożegnał się nie tylko z grą w Nacionalu, ale też z grą w kadrze, gdzie zaliczył 20 występów. Słynący z doskonałej gry w powietrzu zawodnik przyjął obywatelstwo hiszpańskie i to właśnie z reprezentacją tego kraju dane było mu pojechać po raz drugi na Mistrzostwa Świata. Santamaria z Realem czterokrotnie sięgnął po Puchar Mistrzów i pięciokrotnie świętował mistrzostwo Hiszpanii. Z 226 występami na koncie zakończył karierę w madryckim zespole w wieku 37 lat i zajął się pracą trenerską. Do dziś uważany jest za jednego z najlepszych obrońców w całej historii Realu. Galopujący major Ostatnim z wielkich transferów Realu w latach 50. było sprowadzenie słynnego Węgra Ferenca Puskasa. Gwiazda „Złotej jedenastki” przyszła na świat 2 kwietnia 1927 roku w Budapeszcie. Oczywiście tam też rozpoczął swoją przygodę z piłką, gdy jako dwunastolatek porzucił szkołę na rzecz piłki. Popularny „Pancho” grając w Kispescie Budapeszt zdobył wszystko na rodzimej arenie, a z reprezentacją Węgier święcił triumfy na boiskach międzynarodowych. Mając u boku takich graczy jak Sandor Kocsis, Nandor Hidegkuti czy Zoltan Czibor zdobył złoty medal olimpijski w 1952 oraz wicemistrzostwo świata w 1954 roku. Na Węgrzech wybucha powstanie, a Puskas decyduje się na wyjazd z kraju, kończąc tym samym reprezentacyjną karierę z imponującym dorobkiem 85 spotkań i 84 bramek. To właśnie wtedy łącznik trafił do Madrytu, gdzie znalazł się za sprawą kierownika drużyny Węgra Oestreichera. Coś, co zdawało się nierealne, a więc Di Stefano i Puskas obok siebie na boisku, stało się faktem. Popisem tych dwóch graczy był niezapomniany finał Pucharu Mistrzów w 1960 roku. Mecz z Eintrachtem Frankfurt zakończył się wygraną Realu 7:3, a łupem bramkowym podzielili się Puskas (cztery trafienia) i di Stefano (trzy trafienia). W 1966 roku po wielu latach sukcesów decyduje się na zakończenie kariery jako zawodnik „Królewskich”. Kończy ją z dorobkiem 182 spotkań i 157 goli oraz dwoma wygranymi w Pucharze Mistrzów i pięcioma tytułami mistrza Hiszpanii. „Pancho” zmarł 17 listopada 2006 roku w wieku 79 lat. Jak widać, Real już niemal od zawsze kojarzony był z wielkimi gwiazdami, które przychodziły do klubu za duże pieniądze. W latach 50. taka taktyka okazała się skuteczna i przyniosła wiele sukcesów. Jednak czy obecnie Cristiano Ronaldo, Kaka i spółka będą w stanie powtórzyć choćby część sukcesów tamtego wielkiego Realu? *Tekst ukazał się także w wortalu iGol.pl
niedziela, 07 czerwca 2009
Pierwszy triumf Albicelestes
Finał MŚ 1978 być może nie należał do najlepszych pojedynków w historii futbolu, ale pozostaje on w pamięci wielu kibiców. Wszystko dzięki pasji i zaangażowaniu, jakie wykazali piłkarze, a także atmosferze, która panowała na Estadio Monumental w Buenos Aires. Gospodarze byli niezwykle zdeterminowani, aby zdobyć swój pierwszy tytuł Mistrza Świata. Na ich drodze w finałowej rozgrywce stanęli doświadczeni Holendrzy ze słynnym Ernstem Happelem na ławce. To właśnie Oranje wskazywani byli jako kandydaci do wygranej, lecz Argentyńczycy mieli ze sobą olbrzymi atut w postaci publiczności. Doskonale można było to zauważyć już na samym początku meczu. Kiedy piłkarze wychodzili z tunelu, ponad 70 tysięcy fanów rzuciło w stronę boiska niewyobrażalne ilości konfetti i serpentyn, rozpoczynając w ten sposób na trybunach dwugodzinny spektakl, który miał ponieść podopiecznych Cesara Luisa Menottiego do wygranej. Początek Pierwsze momenty finału nie należały do tych z kategorii emocjonujących. Albicelestes dążyli do zagrożenia bramce rywala, lecz to goście mieli pierwszą okazję do zdobycia gola. Po dokładnym dośrodkowaniu Johnny'ego Repa z lewej strony boiska, Rob Rensenbrink uderzył głową na bramkę Ubaldo Fillola, lecz jego próba okazała się nieudana, a kibice argentyńscy mogli odetchnąć z ulgą. Gospodarze odpowiedzieli strzałem z rzutu wolnego autorstwa Daniela Passarelli, lecz na posterunku stał golkiper Oranje Jan Jongbloed. Ten sam zawodnik chwilę później podawał do Leopoldo Luque, ale on także nie znalazł sposobu na pokonanie Jongbloeda. To właśnie golkiperzy odgrywali znaczącą rolę w początkowych fragmentach spotkania. W 25. minucie Johnny Rep zdecydował się na silny strzał z woleja, a piłka z ogromną prędkością mknęła na bramkę Fillola. Ówczesny zawodnik River Plate popisał się jednak wspaniałą paradą, która pokazała Holendrom, że tamten dzień będzie należał do Argentyńczyków. Wybuch radości Pasja i zaangażowanie, jakie pokazywały obie ekipy dały jasno do zrozumienia, że jeszcze w pierwszej połowie powinniśmy spodziewać się bramki dla którejś z drużyn. Osvaldo Ardiles znalazł podaniem Luque, który z kolei przekazał piłkę do Mario Kempesa, a ten znalazł się oko w oko z Jongbloedem.. Jak wiadomo „El Matador” nie zwykł marnować takich okazji i było 1:0 dla Argentyny. Druga połowa była niemalże kopią pierwszej części pojedynku. Gra ograniczyła się do środkowej części boiska, ale nie zabrakło też okazji wynikających najczęściej z błędów defensywy lub indywidualnego sprytu zawodników. Happel szuka zmian Holendrom zaczęło brakować pomysłów na pokonanie argentyńskiej obrony. Ernst Happel był zmuszony szukać inspiracji na swojej ławce rezerwowych. Austriak zdecydował się wprowadzić do gry Dicka Nanningę w nadziei, że może on odwrócić losy spotkania. Mimo zmiany Oranje nadal nie mogli znaleźć sposobu na fantastycznie kierującego obroną Passarellę. Wraz z upływem czasu Menotti nakazał swoim graczom, aby uspokoili grę i czyhali na kontrataki. Na boisku pojawiła się dwójka pomocników – Omar Larrosa i Rene Houseman, jednak ich wejście nic nie zmieniło. Luque mógł podwyższyć wynik na 2:0, ale ponownie lepszy okazał się Jongbloed, a Fillol skutecznie bronił dostępu do bramki Albicelestes. Końcowy cel był już coraz bliżej. Nanninga ucisza Estadio Monumental Kolejne sekundy przybliżały Argentyńczyków do triumfu, a doping kibiców stawał się coraz głośniejszy. Jednak doświadczenie Holendrów pokazuje, że zawsze należy grać do końca. Na osiem minut przed końcem wprowadzony Nanninga głową sprowadził piłkę do siatki, a całe Estadio Monumental zamilkło. Kibice zaczęli spodziewać się najgorszego. W szeregi ich pupili wkradło się napięcie, a Holendrzy dążyli do wyjścia na prowadzenie. Przed okazją do tego stanął Rensenbrink, ale w tej sytuacji szczęście sprzyjało gospodarzom i Fillol z ulgą przygarnął piłkę do klatki piersiowej. Do końca rezultat nie uległ zmianie, a sędzia Sergio Gonella zarządził dogrywkę. Argentyna odżyła Finał rozgrywany było długo przed wprowadzeniem tak zwanej Złotej Bramki, a więc obie drużyny oraz kibiców czekało jeszcze 30 minut emocji i walki o najcenniejsze piłkarskie trofeum na świecie. Trenerzy Menotti i Happel motywowali swoich graczy, aby wykrzesali z siebie resztki sił i przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę. Po raz kolejny pokazał się Kempes. Popisując się doskonałym dryblingiem zmylił holenderską defensywę, lecz Jongbloed zdołał wybić piłkę spod nóg Argentyńczyka. Było to jednak na nic, gdyż dobitka „Matadora” była skuteczna i Albicelestes prowadzili 2:1, a stadion znowu wrzał. Bramka okazała się olbrzymim ciosem dla Holandii. W 116. minucie nokautujące uderzenie Daniela Bertoniego, który wykorzystał niefrasobliwość obrony Oranje dało pierwszy w historii tytuł Mistrza Świata dla Argentyny. Gdy Passarella wzniósł w górę puchar, był to znak, że dominacja graczy z Ameryki Południowej nie będzie jednorazowa.
sobota, 06 czerwca 2009
Vive le champion!
Po siedmioletniej hegemonii Olympique Lyon w lidze francuskiej na tronie zasiadł nowy król. Skuteczny szturm na tron podjęło Girondins Bordeaux, które przejęło koronę po raz szósty w swojej blisko 130-letniej historii. Jak co roku Bordeaux wymieniane było w gronie kandydatów do końcowego zwycięstwa w Ligue 1. Tym bardziej, że sezon 2007/2008 zakończył się dla graczy z Akwitanii zdobyciem wicemistrzostwa. Wówczas lepszy okazał się tylko Lyon, który wyprzedził Girondins czterema punktami. Ale jak mówi stare porzekadło, co się odwlecze, to nie uciecze. Aby ponownie walczyć o mistrzostwo, potrzebne były wzmocnienia. Do "Żyrondystów" dołączyli Yoann Gourcuff, Yoan Gouffran oraz Diego Placente, którzy mieli być gwarancją nie tylko dobrej gry w Ligue 1, ale także w Champions League. Jak się okazało – przynajmniej w przypadku pierwszej dwójki – były to strzały w dziesiątkę, o czym kibice Bordeaux przekonali się już w premierowej kolejce ligowej. FCGB pozostawiło w pokonanym polu Caen, a jedną z bramek zdobył właśnie wspomniany Gourcuff. Między słupkami dzielił i rządził Ulrich Ramé, którego śmiało uznać można za żywą legendę Bordeaux. Golkiper występuje w klubie już od 1997 roku, a co za tym idzie, pamięta on czasy, kiedy Girondins sięgało po ostatni tytuł. Jeśli chodzi o defensywę, Blanc najczęściej stawiał na czwórkę: Benoît Trémoulinas, Matthieu Chalmé, Souleymane Diawara, Marc Planus. Kwartet obrońców spisał się znakomicie, bowiem gracze z Akwitanii stracili jedynie 35 bramek w 38 spotkaniach. W środku pola poza Gourcuffem i Gouffranem brylowali Fernando, Wendel i Alou Diarra, a dodając do tego grających w ataku Marouane Chamakha i Fernando Cavenaghiego, Bordeaux stworzyło drużynę, która z prędkością TGV potrafiła "rozklepać" obronę przeciwnika. Łącznie Marokańczyk i Argentyńczyk zdobyli 25 bramek (Chamakh 12, Cavenaghi 13), co stanowiło niemalże jedną trzecią wszystkich strzelonych goli w zwycięskim sezonie. Książę YoannWarto więcej uwagi poświęcić graczowi, bez którego z pewnością mistrzostwo trafiłoby w inne ręce. Chodzi rzecz jasna o Yoanna Gourcuffa, który dzięki dobrej grze otrzymał nagrodę najlepszego zawodnika minionego sezonu. Gourcuff trafił latem do Bordeaux z Milanu w ramach wypożyczenia, które miało dać mu okazję do większej liczby występów. Jak już wspomniałem, urodzony w Ploemeur zawodnik z miejsca stał się nie tylko gwiazdą drużyny, ale też całej ligi. Gourcuff czarował swoją grą do tego stopnia, że po raz kolejny odżyły porównania jego osoby do słynnego Zinedine'a Zidane'a, który de facto w swojej karierze także występował w Girondins. Apogeum formy byłego gracza Rennes był końcowy okres 2008 i początek roku 2009, a jego bramka w meczu z PSG z powodzeniem kandydować mogła do miana gola sezonu. Wraz z rozwojem sytuacji zarówno trener Blanc, jak i klubowi działacze, zaczęli myśleć o tym, aby zatrzymać młodego gracza u siebie na stałe. Bordeaux rozpoczęło poszukiwanie funduszy na realizację transferu, a sam pomocnik nie kwapił się, by wrócić do Włoch. Jak się okazało, w przededniu pojedynku ostatniej kolejki z Caen Gourcuff podpisał czteroletnią umowę z FCGB, a cena wykupu wyniosła 15 milionów euro. Z pewnością w Mediolanie wiele osób pluje sobie w brodę, że tak łatwo pozwolono sobie na stratę takiego talentu. Król LaurentGdy Laurent Blanc obejmował "Żyrondystów", pojawiło się wiele głosów powątpiewających, czy ten były wybitny obrońca da sobie radę i poprowadzi drużynę do oczekiwanego przez wszystkich triumfu. Blanc w swojej debiutanckiej roli spisywał się znakomicie, czym uciszył wszystkich, którzy wątpili w jego trenerski talent. Wicemistrzostwo w pierwszym sezonie odebrano jako spory sukces szkoleniowca-debiutanta i szansę na mistrzowską koronę w następnej edycji rozgrywek. Blanc wykonywał swoją pracę nieco na uboczu, bowiem pod znacznie większą presją znajdowały się ekipy Lyonu i Marsylii, które typowano jako głównych faworytów do wygranej w lidze. Dopiero w końcówce sezonu media jak i cała piłkarska Francja zrozumiały, że Bordeaux szykuje się do szturmu na mistrzostwo. – Presja spoczywała na naszych rywalach. Wszyscy stawiali na Lyon, a potem na Marsylię, co bardzo nam pomogło, gdyż w spokoju mogliśmy realizować swoje cele. Dopiero w końcówce wszyscy zrozumieli, że Bordeaux może sięgnąć po końcowy triumf. Oczywiście nie wymagam od swoich zawodników, aby powtórzyli to samo co OL i zwyciężali w lidze siedem razy z rzędu. Osiągnęliśmy swój cel, a przed nami ciężka praca, by następny sezon był równie udany – powiedział szkoleniowiec świeżo upieczonego mistrza Francji. Oczywiście udana praca z FCGB nie przeszła bez echa w piłkarskiej Europie, bowiem osoba Blanca coraz częściej kojarzona jest ze stanowiskami trenera w innych klubach, np. w Juventusie Turyn. Jak na razie sam zainteresowany odcina się od wszelkich spekulacji, twierdząc, że czeka go jeszcze wiele wspaniałych chwil w Bordeaux. Co dalej?Przed wszystkimi w Akwitanii kolejny sezon, który powinien dać odpowiedź na to, co jeszcze jest w stanie osiągnąć maszyna Blanca. Obrona tytułu mistrzowskiego może okazać się bardzo trudna, a dodając do tego grę w Lidze Mistrzów, śmiało można rzec, że dla wielu graczy Bordeaux będzie to najważniejszy sezon w karierze. Co więc należy uczynić, aby następny rok był równie udany co obecny? Najważniejsze jest, aby nie zniszczono kolektywu, który stworzony został przez trenera w przeciągu ostatnich dwóch lat. W Bordeaux myślą także o wzmocnieniu składu. Moussa Sissoko, Yohann Pele czy Ronald Zubar to tylko niektóre nazwiska, które przewijały się w ostatnim czasie we francuskich mediach w kontekście potencjalnych transferów "Żyrondystów". Pierwszym i zapewne najważniejszym wzmocnieniem było zatrzymanie Gourcuffa, który jak nikt inny potrafi dyrygować grą FCGB. Także i Chamakh – jak wskazują wszystkie znaki na niebie i ziemi – pozostanie w Bordeaux. A wystarczy tylko nadmienić, że ta wspomniana dwójka zdobyła w poprzednim sezonie blisko 30 goli dla ekipy z Akwitanii. Podsumowując, jeżeli trener Blanc będzie budował drużynę z podobnym efektem co dotychczas, to kibice Bordeaux mogą spać spokojnie, bowiem wówczas kolejny tytuł mają niemal jak w banku.
niedziela, 12 kwietnia 2009
Włoski ogier
Kibice Manchesteru United mają nowego bohatera. Federico Macheda, bo o nim tutaj mowa w ostatnich spotkaniach ratuje podopiecznych Sir Aleksa Fergusona. Najpierw w meczu z Aston Villą, a następnie w spotkaniu z Sunderlandem zdobył bramki, które przesądziły o zwycięstwie "Czerwonych Diabłów". A jeszcze kilka dni temu wszyscy zadawali sobie pytanie: "Kto to w ogóle jest ten cały Macheda?"
W skrócie, Federico Macheda przyszedł na świat 22 sierpnia 1991 roku w Rzymie. Tam też postawił swoje pierwsze piłkarskie kroki, grając w Lazio. Dwa lata temu został dostrzeżony przez szperaczy Manchesteru, którzy doradzili, aby jak najszybciej sprowadzić go na Old Trafford. Z czasem pokonywał kolejne szczeble w drużynowej hierarchii występując w zespole młodzieżowym i w rezerwach, gdzie spisywał się na tyle dobrze, że zdecydowano się go włączyć do pierwszej drużyny. Teraz gdy jego nazwisko jest na ustach niemal całego futbolowego świata, działacze Lazio plują sobie w brodę, że tak łatwo pozwolili sobie na stratę takiego talentu. Sam zainteresowany nadal nie może uwierzyć w to co się wokół niego dzieje. W ciągu zaledwie tygodnia z nieokrzesanego młodzieńca stał się graczem, o którym mówi się w kategoriach niespotykanego diamentu. Zresztą pochwał dla jego postawy nie kryje Ferguson, który mówi o wielkim instynkcie Machedy do zdobywania bramek. Z kolei menadżer Sunderlandu, Ricky Sbragia stwierdził, że młody Włoch wszystko czego dotknie zamienia w złoto. Kibice Manchesteru idą dalej szukając porównań do Ole Gunnara Solskjaera, bowiem podobnie jak Norweg Macheda staje się dżokerem w talii Sir Aleksa. Solskjaer dla ManU zdobył 91 bramek. Czy "Włoski ogier" okaże się lepszy od legendy Manchesteru?
sobota, 04 kwietnia 2009
Holandia 1988 wtedy i dziś
Holendrzy mogą pochwalić się dużą tradycją jeśli chodzi o piłkę nożną. Nie ma to jednak związku z wynikami kadry "Oranje", której zaledwie raz udało się sięgnąć po tytuł mistrzów Europy. Drużyna z 1988 roku pod wodzą Rinusa Michelsa przeszła do historii niderlandzkiego futbolu. Wówczas byli gwiazdami światowego formatu, a jak wygląda ich życie po ponad 20. latach od wygranej?
Hans van Breukelen Podstawowy bramkarz złotej jedenastki Rinusa Michelsa. W czasie turnieju bronił on barw PSV Eindhoven i temu klubowi pozostał wierny do końca swej kariery, a więc 1994 roku. Sezon, w którym Holandia wygrała Euro, był dla van Breukelena szczególnie udany. Wraz z PSV sięgnął po Puchar Mistrzów broniąc decydującą jedenastkę w konkursie rzutów karnych. Golkiper grał także na Mundialu w 1990 oraz na Mistrzostwach Europy w 1992 roku. Po zakończeniu piłkarskiej kariery, van Breukelen nie zdecydował się na rozpoczęcie kariery trenerskiej, lecz poprowadził swoją własną firmę doradczą. Joop Hiele Rezerwowy bramkarz. W ciągu swojej całej kariery w reprezentacji rozegrał zaledwie siedem spotkań, ale Hiele przez wiele lat należał do ścisłej czołówki holenderskich golkiperów. Podobnie jak van Breukelen występował on na MŚ w 1990 roku i tak jak na Euro 1988 był on jedynie rezerwowym. Większość swojej piłkarskiej kariery spędził między słupkami Feyenoordu Rotterdam, a po zawieszeniu butów na kołku rozpoczął on swoją karierę trenerską szkoląc bramkarzy wspomnianego klubu z Rotterdamu oraz PSV. Adri van Tiggelen Lewy obrońca kadry Michelsa, który w przeciągu swojej całej piłkarskiej przygody rozegrał 56 spotkań w kadrze. Popularny "Gwóźdź" znany jest z występów w FC Groningen, Anderlechcie i PSV Eindhoven. To właśnie w ostatnim z tych klubów wywalczył on swoje jedyne mistrzostwo Holandii. Po zakończeniu przygody z futbolem, van Tiggelen jak wielu swoich kolegów z reprezentacji rozpoczął pracę szkoleniową, lecz nie odniósł w niej żadnych sukcesów. Sjaak Troost Na turnieju w RFN nie wystąpił ani razu, a całą swoją karierę piłkarską zwieńczył czterema meczami w reprezentacji. Przez wiele lat związany z Feyenoordem, w którym 329 razy wystąpił na boiskach Eredivisie. Z rotterdamską drużyną Troost związany jest do dziś, bowiem pracuje on jako dyrektor ds. finansów w klubie. Ronald Koeman Jedna z największych gwiazd drużyny "Oranje" na turnieju w 1988 roku. Ronald Koeman po dziś dzień zapisał się w annałach futbolu jako jeden z najskuteczniejszych defensorów, a jego atomowe strzały sprawiały w osłupienie wielu golkiperów na europejskich stadionach. Oprócz tego jego precyzyjne podania często otwierały drogę do bramki drużyny przeciwnej. Dzięki tym atutom Koeman zasłynął grą w takich klubach jak Barcelona czy Ajax, a obecnie, jak wszyscy dobrze wiedzą, małymi lub większymi sukcesami pracuje jako trener. Aron Winter Winter był uniwersalnym zawodnikiem, gdyż mógł grać zarówno jako stoper, defensywny pomocnik lub rozgrywający. W reprezentacji Holandii zagrał aż 84 mecze, lecz na turnieju w RFN był on jedynie rezerwowym. Grał też na Euro 1992 i 2000 oraz na Mundialu w 1998 roku. Przez większość kariery związany z Ajaksem Amsterdam, z którym zdobył Puchar UEFA, a zagranicą występował w Lazio Rzym i Interze Mediolan. Teraz wraz z Adrie Kosterem szkoli drużynę juniorów Ajaksu. Berry van Aerle Podstawowy zawodnik na turnieju w RFN. Van Aerle mógł występować zarówno w obronie jak i w pomocy, a niemalże całą swoją piłkarską karierę związany był z PSV Eindhoven. W barwach "Boeren" rozegrał blisko 300 spotkań w lidze holenderskiej, a w reprezentacji zagrał 35 razy. Po zakończeniu czynnego uprawiania futbolu w 1994 roku, van Aerle podjął się pracy skauta w klubie z Eindhoven, a także... listonosza w mieście Helmond. Gerald Vanenburg Prawoskrzydłowy i gracz pierwszej jedenastki Michelsa na pamiętnym turnieju. W przeciągu swojej całej reprezentacyjnej kariery wystąpił w 45 meczach. Był zawodnikiem Ajaksu Amsterdam, PSV Eindhoven oraz TSV Monachium, gdzie zawiesił buty na kołku. W Niemczech rozpoczął także pracę trenerską, a obecnie pracuje on w Willem II Tilburg. Arnold Muhren Młodszy z braci Muhren, który na turnieju w RFN był jednym z najstarszych zawodników mając 37 lat. Był graczem Ajaksu w latach 70. kiedy to "Joden" przeżywali najlepszy okres w historii klubu. Kilka lat później pomocnik zdecydował się, aby spróbować swoich sił zagranicą i wyjechał do Anglii, gdzie grał w Ipswich Town i Manchesterze United. Tam zdobył m.in. Puchar UEFA z Ipswich i dwukrotnie sięgnał po Puchar Anglii z Manchesterem. Jeśli chodzi o dorobek reprezentacyjny, Muhren nie może się pochwalić takim pokaźnym bilansem jak inni koledzy z drużyny, bowiem 23 razy występował w barwach "Oranje". Po zakończeniu kariery pracował jako trener drużyn młodzieżowych w FC Volendam i Ajaksie. John Bosman Rezerwowy w kadrze Michelsa. Bosman mógł występować zarówno jako pomocnik jak i napastnik i to właśnie z gry na tej drugiej pozycji jest znany szerszemu gronie kibiców. Wychowanek Ajaksu w 30 występach w barwach holenderskiej kadry zdobył 17 bramek. Największe sukcesy Bosman odnosił w Anderlechcie Bruksela, z którym sięgnał po cztery tytuły mistrza Belgii. Karierę zakończył w AZ Alkmaar, gdzie występował w latach 1999-2002. Ruud Gullit Najlepszy piłkarz świata wg FIFA w latach 1987 i 1989 oraz zdobywca Złotej Piłki w 1987 roku. W reprezentacji Gullit legitymuje się dorobkiem 66 występów i 17 bramek. Mogący grać niemalże na każdej pozycji Gullit wraz z Marco van Bastenem i Frankiem Rijkaardem tworzył trio, które decydowało o obliczu gry reprezentacji na Euro 1988. Urodzony w Amsterdamie zawodnik w Holandii występował w Feyenoordzie i PSV, lecz najbardziej znany był z gry w Milanie, gdzie ponownie stworzył trio z van Bastenem i Rijkaardem. Grając w Mediolanie dwukrotnie zdobył Puchar Mistrzów. Karierę piłkarską zakończył w Chelsea Londyn, gdzie w 1996 roku został grającym trenerem. Oprócz tego pracował m.in. w Newcastle United i Feyenoordzie, lecz ławka trenerska nie była dla niego szczęśliwym miejscem i obecnie pracuje on jako skaut w Milanie. John van't Schip Urodzony w Kanadzie van't Schip jako dziecko trafił do słynnej szkółki Ajaksu. Już wtedy wróżono mu karierę, a na boiskach Eredivisie zadebiutował w wieku 18 lat. W amsterdamskiej drużynie spędził większość swojej piłkarskiej przygody rozgrywając w niej 273 spotkania zdobywając 29 bramek. Sięgnał pięciokrotnie po mistrzostwo Holandii, a karierę kończył we włoskiej Genoi. W kadrze van't Schip łącznie wystąpił 41 razy i zdobył dwie bramki i podobnie jak większość swoich kolegów z drużyny został on trenerem. Szkolił młodzież w Ajaksie, trenował pierwszą drużynę Twente, a także był asystentem Marco van Bastena, gdy ten prowadził reprezentację Holandii. Teraz pomaga van Bastenowi w prowadzeniu "Joden". Marco van Basten Największa gwiazda ME 1988. To właśnie dobra gra na czempionacie zaowocowała otrzymaniem Złotej Piłki oraz nagrody magazynu World Soccer. Grający w ataku van Basten został królem strzelców turnieju zdobywając decydującego gola w finale z ZSRR, a jego bramka do dziś uznawana jest za jedno z najładniejszych trafień w historii. W całej karierze występował jedynie w dwóch klubach - Ajaksie i Milanie. W pierwszym z nich zagrał w 133 meczach zapisując na swoim koncie 128 trafień. Po transferze do Włoch, urodzony w Utrechcie zawodnik nie zatracił swojej skuteczności, lecz musiał zakończyć karierę w wieku zaledwie 29 lat. Wszystko przez uraz kostki, który okazał się zbyt poważny, aby powrócić do wyczynowego grania w piłkę. Van Basten mimo zdecydowanej deklaracji, że nie interesuje go praca trenerska dołączył w 2003 roku do sztabu trenerskiego Ajaksu za namową Johna van't Schipa. Prowadził reprezentację Holandii, a obecnie pracuje z "Joden". Niestety w pracy szkoleniowej nie jest tak skuteczny jak za czasów gry na futbolowej arenie. Erwin Koeman Młodszy brat Ronalda, lecz w przeciwieństwie do brata nie odniósł takich sukcesów na futbolowym boisku. Większość kariery spędził na boiskach Eredivisie z przerwą na występy w Belgii, gdzie reprezentował barwy KV Mechelen. Tam też zdobył Puchar Zdobywców Pucharów w 1988 roku. Piłkarską przygodę zakończył tam gdzie ją zaczynał, a więc w FC Groningen. W kadrze "Oranje" wystąpił 31 razy zdobywając 2 bramki. Po zakończeniu kariery Koeman nadal pozostał przy piłce pracując jako trener. Pierwszy klub, który samodzielnie prowadził to RKC Waalwijk, gdzie pokazał się z dobrej strony. Efektem była oferta z Feyenoordu, lecz tam młody szkoleniowiec sobie nie poradził, a obecnie prowadzi on reprezentację Węgier. Wim Kieft Rezerwowy napastnik w ekipie zwycięzców turnieju. Wychowanek szkółki Ajaksu, gdzie trzykrotnie sięgnał po mistrzostwo kraju. Po sukcesach na rodzimych boiskach wyjechał na Płw. Apeniński, gdzie reprezentował barwy Pisy Calcio i Torino. Następnie powrócił do Holandii, a konkretnie do PSV gdzie występował do 1994 roku z roczną przerwą na grę w francuskim Girondins Bordeaux. Grając w zespole z Eindhoven dołożył na swoje konto kolejne trzy tytuły mistrza Holandii. Po zakończeniu czynnej przygody z piłką w wieku 32 lat, Kieft został komentatorem sportowym, a jego syn Robbin występuje obecnie w FC Groningen. Wim Koevermans Środkowy obrońca, który w trakcie kariery wyróżniał się swoimi warunkami fizycznymi, bowiem miał 194 cm wzrostu. Na turnieju u naszych zachodnich sąsiadów był jedynie rezerwowym, a przez niemal całą karierę związany był z Fortuną Sittard. Karierę zakończył w Groningen, gdzie trafił na dwa sezony i niespodziewanie w wieku 30 lat zdecydował się powiedzieć "dość". W niedalekiej przyszłości podjął pracę trenerską, lecz z miernymi skutkami. Obecnie jest on dyrektorem technicznym Irlandzkiej Federacji Piłkarskiej. Frank Rijkaard Kolejny z wielkiej trójki Gullit - Rijkaard - van Basten, która siała popłoch na niemieckich boiskach. W trakcie swojej piłkarskiej przygody trzykrotnie sięgnął po Puchar Mistrzów, a czwarte trofeum dołożył jako szkoleniowiec Barcelony. Podobnie jak van Basten jest wychowankiem Ajaksu i podobnie jak on trafił do Milanu, w międzyczasie grając w Saragossie. Reprezentacyjną karierę zakończył dorobkiem 73 spotkań, zaliczając dziesięć trafień. Karierę zakończył w Ajaksie w 1995, gdzie był jednym z najsilniejszych punktów drużyny. Rijkaard karierę szkoleniową rozpoczął w 1998 roku, kiedy to został następcą Guusa Hiddinka i objął reprezentację Holandii. Wywołało to dużą falę sprzeciwu, a trenowana przez niego kadra nie prezentowała się najlepiej. Następnie pracował w Sparcie Rotterdam i Barcelonie. To w katalońskim klubie święcił on jak na razie swoje największe sukcesy szkoleniowe. Wilbert Suvrijn Urodzony w Sittard obrońca w RFN był jedynie rezerwowym, występując jedynie w dwóch spotkaniach turnieju. Przez całą karierę występował w trzech klubach kolejno w Fortunie, Rodzie i francuskim Montpellier, gdzie w 1993 zawiesił buty na kołku. Reprezentacyjny dorobek Suvrijna to zaledwie dziewięć spotkań. Po zakończeniu kariery został on agentem piłkarskim. Hendrie Kruzen Pomocnik, który znany jest głównie z gry w Heraclesie Almelo, którego jest wychowankiem. W czasie swojej piłkarskiej kariery grał w kilku zespołach, lecz na dłużej zakotwiczył jedynie w Go Ahead Eagles, które było jego ostatnim klubem w karierze. W reprezentacji zagrał pięć razy, nie zdobywając żadnego gola. W sezonie 2002/03 Kruzen został asystentem trenera w Heraclesie, gdzie pracuje do dziś. Jan Wouters Podstawowy zawodnik środka pola w ekipie Rinusa Michelsa. W czasie turnieju był zawodnikiem PSV, w którym występował do 1991 roku, po czym przeniósł się on do Bayernu Monachium. Karierę zakończył pięć lat później w Ajaksie Amsterdam, gdzie zdobył Puchar Mistrzów, a dorobek reprezentacyjny zamknął na 70 występach i czterech golach. Pozostał przy futbolu zostając trenerem, a obecnie pracuje jako asystent trenera w ekipie "Boeren". Generał, który poprowadził swoją armięRinus Michels to człowiek bez którego nie byłoby sukcesu holenderskiej reprezentacji. Twórca "futbolu totalnego", z którego przez wiele lat słynęła cała niderlandzka piłka. Popularny "Generał" czterokrotnie prowadził kadrę "Oranje", lecz to właśnie wygrana na Euro była jego największym sukcesem. W uznaniu za swoją pracę otrzymał w 1993 roku tytuł trenera stulecia wg FIFA. To właśnie Michels wykreował dla holenderskiego futbolu takie gwiazdy jak Johan Cruijff, Marco van Basten, Ruud Gullit czy Frank Rijkaard. To właśnie na tej ostatniej trójce zbudował drużynę, która nie miała sobie równych na ME w RFN. Michels zmarł 3 marca 2005 roku w Aalst mając 77 lat. Tekst ukazał się także w portalu iGol.pl |
Archiwum
Ostatnie wpisy
|